niedziela, 22 lipca 2012

dzienniczek [1]

Czytam: Pamięci, przemów Nabokova, Pierścienie Saturna W.G. Sebalda. Co chwilę wypisuję zdania i frazy.
Zmarł Andrzej Łapicki.
Mija pięć lat od śmierci Nahacza, trzydzieści trzy od śmierci Stachury. Jeden z drugim mieli w sobie pociągającą mnie bezkompromisowość, życiopisanie. Ja je ciągle odkładam na półkę kiedyś, bo tak samo jak porażki boję się sukcesu. Nie daję sobie więc szansy ani na jedno, ani na drugie.

W najbliższym czasie: o Saturnie, Freddym, autobiografii VN i sierpniu w Warszawie. Oraz o Kronikach Bustosa Domecqa. 


Albowiem na miłość boską, wreszcie będę pisać.


poniedziałek, 6 lutego 2012

Wisława. Notka okolicznościowa.

Z Wisławą mam ten problem, że nigdy nam nie było do siebie po drodze.
Nagle Wisława umarła. Wiem, że nie tak nagle, chorowała, miała 89 lat. Dla mnie nagle, dla mnie wszyscy poeci są nieśmiertelni, nie wyrosnę z tego nigdy.
Powiedziała mi o tym Malwina, w pracy. Jak przekazałam tę wiadomość kolegom w drugim końcu sali, usłyszałam: no to z noblistów został nam tylko Wałęsa.

Potem Internet zrobił się pełen Wisławy, wszędzie Wisława, na fb powstała nawet grupa postulująca kolejną zmianę nazwy Mostu Północnego w Warszawie pod uroczym jakże hasłem: Wisła dla Wisławy. Co za absurd. Taki nie w stylu Wisławy.

W każdym razie odkryłam, że Wisławę mam wszędzie dokoła, że mi się przewija w pisaniu, w czytaniu, w muzyce i zapamiętanych zdaniach. Czy to dlatego, że jest jej w ogóle wszędzie pełno, czy może dlatego, że wędruję takimi ścieżkami literatury i życia, po których, hipotetycznie, Wisława mogła przejść wybiegając swoimi wierszami przed siebie i czas? Czyli nie tak znowu nie po drodze, wynikałoby z tego, nam do siebie. Mnie i jej wierszom.

Zastanawiam się teraz nad charakterem naszej relacji: mojej i jej wierszy i chociaż słabo mi, jak wchodzę na Merlina z zamiarem zakupienia sobie jakiejś książki i widzę TYLKO Wisławę, tak na poważnie zastanawiam się nad przerobieniem dorobku Wisławy pod kątem rozliczeniowym, całościowo. W końcu czyż nie temu służyć powinna śmierć poetki, skoro już nastąpić musiała?

sobota, 15 października 2011

Top Eleven


Top Ten Doctora Who przetoczył się przez blogi jakieś dwa tygodnie temu. Nie mogłam się powstrzymać przed zrobieniem swojej dziesiątki, pozostawieniem jej gdzieś na pulpicie na tydzień czy półtora, dojściem do wniosku, że to bez sensu, bo się nie da, wyrzuceniem pliku do kosza i wyciągnięciem go stamtąd i sporządzeniem prawdziwej, papierowej listy. A potem już tylko usiadłam i uporządkowałam. I mam jedenastkę, nie dziesiątkę. Jedenastka jest równie dobra jak dziesiątka. W komentarzach u fabulitas pisałam, że moja pierwsza trójka pokryje się z jej, ale: okazało się, że niekoniecznie. Powiedziałabym nawet, że może nie wszystko, ale sporo stanęło na głowie. Rozpocznijmy więc od końca.


11/THE GIRL IN THE FIREPLACE

Madame de Pompadour. Uwielbiałam Madame de Pompadour będąc dzieckiem. Wyobrażałam ją sobie jako podstarzałą, zniszczoną kobietę z wielką peruką na głowie, w której to peruce grasują myszy. Madame Pompadour zaś, kobieta w opałach, ratowana  przez Dziesiątego, który niczym książę przybywa na koniu, ogarnia sytuację, a później wraca, ale sześć lat za późno – to jest ładne uzupełnienie mojej wersji. Zepsuty statek kosmiczny z koniem, lustra, które są przejściami czasowymi, sam koncept połączenia statku z życiem Madame de Pompadour dają piękną i straszną bajkę, ze smutnym zakończeniem, bo ktoś, kto Doctora kochał, czekał i, the biggest surprise, nie doczekał się. I to ten właśnie odcinek przekonał mnie do Dziesiątego (The Christmas Invasion obejrzałam znacznie później).

poniedziałek, 21 września 2009

Jadę do Babadag

z Andrzejem Stasiukiem, który ostatnio udzielił wyborczej cudownego wywiadu. Linkowaliśmy go sobie ze znajomymi wymieniając przy okazji wyrazy zachwytu i oczarowania.

Właściwie dlaczego? - pomyślałam.

Materiału do myślenia nad Stasiukiem nie mam dużo. Przeczytałam tylko Fado pewego razu w empiku w Manufakturze. Pośpieszna i pełna zafascynowania była to lektura. To nie zawsze zdaje egzamin.